Ciężko jest mówić o przeszłości, kiedy ma się świadomość własnych błędów. Ciężko mówi się o ludziach, których się opuściło, żeby nigdy nie wrócić do nich. Ciężko jest mówić o życiu, będąc uznanym za zmarłego... Ale to nie będzie opowieść o życiu. To będzie opowieść o śmierci. Nie tej fizycznej, kiedy ciało rozkłada się latami, mózg jest obumarły, a komórki organizmu nie pracują.
To opowieść o śmierci, wypełniającej życie. O powolnym zawieszaniu się na granicy tego, co nazywa się życiem i śmiercią. O tkwieniu w bezruchu, a czasem szamotaniu się, wisząc na łatwej do zerwania nici.
Mówi się: Wóz, albo przewóz. A ja sama nie wiem, co wybrałam...
Co byłoby moim "wozem"? I do czego by mnie to zaprowadziło?
A "przewóz"? Czy to, co wybrałam faktycznie nim było?
Oto Świadomość stała się nieświadoma...
Może zawsze tak było... Zawsze świetnie się bawiłam. A potem ponosiłam konsekwencje. Nie sama! Zawsze był ze mną On. Właściwie to ponosił konsekwencje za mnie. Zapominał o swoim problemie, bo mój był ponoć większy. A przecież mówiłam, że potrafię przestać, że wystarczy dać mi czas.
Był lepszy od morfaliny. Pozwalał mi czuć się dobrze i kontrolować sytuację. Ale kiedy miałam wybrać, rzadko wybierałam jego... Bo nie dawał mi gwarancji całkowitego odcięcia się. Niektóre jego słowa bolały bardziej, niż bolałby porządny policzek. Ale było dobrze, miałam wtedy wrażenie, że tak naprawdę mam wszystko pod kontrolą...
Wszystkie porządne narratorki zaczynają od początku, a ja znajduję się właśnie na samym końcu. Więc, czy możecie uznać, że jestem porządną narratorką i wysłuchać mnie do końca?
***
To opowieść o śmierci, wypełniającej życie. O powolnym zawieszaniu się na granicy tego, co nazywa się życiem i śmiercią. O tkwieniu w bezruchu, a czasem szamotaniu się, wisząc na łatwej do zerwania nici.
Mówi się: Wóz, albo przewóz. A ja sama nie wiem, co wybrałam...
Co byłoby moim "wozem"? I do czego by mnie to zaprowadziło?
A "przewóz"? Czy to, co wybrałam faktycznie nim było?
Oto Świadomość stała się nieświadoma...
Może zawsze tak było... Zawsze świetnie się bawiłam. A potem ponosiłam konsekwencje. Nie sama! Zawsze był ze mną On. Właściwie to ponosił konsekwencje za mnie. Zapominał o swoim problemie, bo mój był ponoć większy. A przecież mówiłam, że potrafię przestać, że wystarczy dać mi czas.
Był lepszy od morfaliny. Pozwalał mi czuć się dobrze i kontrolować sytuację. Ale kiedy miałam wybrać, rzadko wybierałam jego... Bo nie dawał mi gwarancji całkowitego odcięcia się. Niektóre jego słowa bolały bardziej, niż bolałby porządny policzek. Ale było dobrze, miałam wtedy wrażenie, że tak naprawdę mam wszystko pod kontrolą...
Wszystkie porządne narratorki zaczynają od początku, a ja znajduję się właśnie na samym końcu. Więc, czy możecie uznać, że jestem porządną narratorką i wysłuchać mnie do końca?
***
Od początku, tak? Nazywam się Conscientia Shaw, a ta historia zdarzyła się wiele lat temu...
Dożynki zawsze budziły we mnie odrazę i cynizm na jaki tylko mnie było stać. Nigdy nie bałam się wylosowania, nie przeżywałam. Może to dlatego, że nikt by po mnie nie płakał...
Dzieciaki z domu komunalnego nie bały się Głodowych Igrzysk. Śmierć byłaby drogą do upragnionej wolności, dałaby pewnego rodzaju ukojenie. A życie, które wiedliśmy nie wiele różniło się od walki na arenie. Silniejszy wygrywa - ta reguła towarzyszyła mi przez całe dzieciństwo. Nikt w domu komunalnym nie bawił się w zbędne czułości, czy okazywanie uczuć. Należeliśmy do drugiej kategorii, mniej potrzebni społeczeństwu, właściwie skazani na porażkę w przyszłości, spisani na straty na samym początku. Nie bolało mnie to, chciałam udowodnić, że dam radę. Że przetrwam i osiągnę sukces,
Tegoroczne Dożynki wypadły trzy dni przed moimi osiemnastymi urodzinami, przyjęłam to z ulgą - zaraz po losowaniu Trybutów miałam zacząć życie od nowa, uwolnić się od ciągłej kontroli opiekunów. Najmniej prawdopodbna była możliwość wylosowania mnie. Pośród tych dzieci, które pobierały co miesiąc astragale, miałam najmniejszą możliwą ilość karteczek. W najgorszej sytuacji było dzieci ze Złożyska.
Z opowieści opiekunek wynikało, że właśnie tam się urodziłam. Moja matka była ponoć w fatalnej sytuacji i oddała mnie bez żadnych emocji, podobnie jak szóstkę mojego rodzeństwa później. Nigdy jej nie widziałam, ale zawsze, gdy wychodziłam do miasta, wysłana po jedzenie, słyszałam, że jestem do niej bardzo podobna. Nie miałam w sobie niczego szczególnego.
Ciemnorude włosy wyróżniały mnie z tłumu czarnych czupryn, poza tym miałam charakterystyczne cechy mieszkańców Dwunastki.
W Dystrykcie Dwunastym mieliśmy tylko jednego zwycięzcę. Haymitch Abernathy zwyciężył cztery lata temu, w Drugim Ćwierćwieczu Poskromienia - pięćdziesiąt lat od pokonania buntowników przez Kapitol. Oprócz Dożynek rzadko był widywany. Ponoć wyalienował się po śmierci matki i brata. Większość sprzątaczek i pomocnic w domu komunalnym o nim rozmawiało. Zawsze szeptem, tłumiąc chichoty i rumieniąc się...
Ktoś szturchnął mnie w ramię. Przesunęłam się, z trudem znajdując miejsce na zatłoczonym placu. Na ogromnym ekranie było widać moją twarz - wrogo ściągnięte brwi, wydatne usta, lekko zadarty nos i nieco zapadnięte policzki. Zamknęłam oczy, usiłując się skupić. Po raz pierwszy czułam się dziwnie otępiała podczas losowania.
Stukot obcasów, gdy Effie Trinket wkroczyła na scenę, ożywił trochę zebranych. Zaczęły się zakłady, obstawianie kogo wylosują i jakie ma szanse na przeżycie. Ludzie, którzy robili to, narażając się na śmiertelne niebezpieczeństwo, nie mieli zwykle nic do stracenia - ich dzieci były już dorosłe, albo zginęły na Igrzyskach. Bawiło mnie to, a jednocześnie wydawało mi się, że skończę jak oni - lubiłam ryzyko i podziwiałam tych ludzi za ich odwagę.
Effie odchrząknęła do mikrofonu i poprawiała liliową perukę.
- Witam was na pięćdziesiątych czwartych Głodowych Igrzyskach! - zawołała z entuzjazmem, a mikrofon wydał z siebie przeciągły pisk - stała za blisko - Jestem taka podekscytowana. Wszyscy jesteśmy - ciągnęła niezrażona. Bezwiednie zaczęłam skubać dół plisowanej granatowej spódnicy. Na scenę wniesiono dwie misy z nazwiskami. Effie uśmiechnęła się szeroko do siedzącego na jednym z krzeseł Haymitcha, ale on nie odwzajemnił jej uśmiechu.
- Jak nakazuje dobry obyczaj, panie mają pierwszeństwo - zanurzyła dłoń w pierwszej z mis. Żołądek ścisnął mi się boleśnie, gdy powoli rozwinęła karteczkę.
- Rosalie Moore - usłyszałam i odetchnęłam z ulgą.
Przestraszona twarz blondwłosej dziewczynki pojawiła się na ekranie. Miała dwanaście lat, na pewno nie więcej. Patrzyłam bez mrugnięcia, jak wchodziła na scenę, a jej twarz stawała się coraz bledsza.
- A teraz chłopcy - wszystko jakby zamazało mi się przed oczami. Rosalie Moore rozpłakała się głośno. Effie udała, że nic się nie dzieje i wróciła do losowania. A Abernathy, który powinien pokazać choć odrobinę współczucia, zamrugał tylko, jakby właśnie się obudził i usiadł wygodniej. Zrobiło mi się niedobrze, gdy "Maximilian Watters" wszedł na scenę. Effie uśmiechnęła się. Jej rózowa suknia do ziemii przypominała trochę korpus wielkiej, jaskrawej ważki.
- Mamy może ochotników? - spytała grzecznie. Od lat nikt nie zgłaszał się na Trybuta. Pytanie było tylko formalnością, więc kiedy przez moment wszyscy milczeli, Trinket pociągnęła Trybutów za sobą w stronę Pałacu Sprawiedliwości.
Czułam, jak wszystkie wnętrzności podchodzą mi do gardła. Przed oczami miałam tylko zapłakane oczy dziewczynki. Ostatni ludzki odruch, którego sama bym się po sobie spodziewała, domagał się uwolnienia właśnie w tej chwili.
- Ja... - zacięłam się - Ja... Zgłaszam się! Chcę być Trybutem!
Wszystkie spojrzenia zwróciły się na mnie, gdy biegłam w stronę sceny, krzycząc "Zgłaszam się na Trybuta". Effie Trinket zaniemówiła. Zatrzymała się przy samych drzwiach Pałacu i spojrzała na mnie spod uniesionych brwi. Przez twarz Rosalie przeszedł cień nadziei, a Haymitch był w ewidentnym szoku. Stanęłam pod sceną i spojrzałam na nich hardo.
- Podejdź tu - nakazała Effie - No chodź.
Posłusznie podeszłam do niej, pozwoliłam nawet objąć się ramieniem, chociaż znowu wyobraziłam sobie różową ważkę.
- Jak ci na imię? - spytała. Gdy nie odpowiedziałam, powtórzyła pytanie.
- Connie. To znaczy, Conscientia. Conscientia Shaw - wykrztusiłam, cała się trzęsąc.
Effie zamyśliła się.
- Nie wiem, czy to zgodne z zasadami - powiedziała - No i co ja mam z tobą zrobić, skarbie?
Haymitch poruszył się niespokojnie, jakby miał zamiar zabrać głos.
- Chrzanić zasady - mruknął i odwrócił się do dziewczynki - Chyba możesz wracać do domu.
Nie słyszałam podziękowań, ani gwizdów aprobaty. Wszystko wokół nagle ucichło, jakbym ogłuchła. Widziałam ruch warg ludzi na placu, ale nie słyszałam słów. Tylko okropny szum. Zamrugałam szybko oczami, modląc się w myślach, żebym nie zemdlała. Z czego oni wszyscy się tak cieszyli? Miałam umrzeć... Ale chyba o to chodziło w Igrzyskach?
Silniejszy wygrywa - pomyślałam i pozwoliłam wprowadzić się do wagonu ogromnego pociągu.
Dzieciaki z domu komunalnego nie bały się Głodowych Igrzysk. Śmierć byłaby drogą do upragnionej wolności, dałaby pewnego rodzaju ukojenie. A życie, które wiedliśmy nie wiele różniło się od walki na arenie. Silniejszy wygrywa - ta reguła towarzyszyła mi przez całe dzieciństwo. Nikt w domu komunalnym nie bawił się w zbędne czułości, czy okazywanie uczuć. Należeliśmy do drugiej kategorii, mniej potrzebni społeczeństwu, właściwie skazani na porażkę w przyszłości, spisani na straty na samym początku. Nie bolało mnie to, chciałam udowodnić, że dam radę. Że przetrwam i osiągnę sukces,
Tegoroczne Dożynki wypadły trzy dni przed moimi osiemnastymi urodzinami, przyjęłam to z ulgą - zaraz po losowaniu Trybutów miałam zacząć życie od nowa, uwolnić się od ciągłej kontroli opiekunów. Najmniej prawdopodbna była możliwość wylosowania mnie. Pośród tych dzieci, które pobierały co miesiąc astragale, miałam najmniejszą możliwą ilość karteczek. W najgorszej sytuacji było dzieci ze Złożyska.
Z opowieści opiekunek wynikało, że właśnie tam się urodziłam. Moja matka była ponoć w fatalnej sytuacji i oddała mnie bez żadnych emocji, podobnie jak szóstkę mojego rodzeństwa później. Nigdy jej nie widziałam, ale zawsze, gdy wychodziłam do miasta, wysłana po jedzenie, słyszałam, że jestem do niej bardzo podobna. Nie miałam w sobie niczego szczególnego.
Ciemnorude włosy wyróżniały mnie z tłumu czarnych czupryn, poza tym miałam charakterystyczne cechy mieszkańców Dwunastki.
W Dystrykcie Dwunastym mieliśmy tylko jednego zwycięzcę. Haymitch Abernathy zwyciężył cztery lata temu, w Drugim Ćwierćwieczu Poskromienia - pięćdziesiąt lat od pokonania buntowników przez Kapitol. Oprócz Dożynek rzadko był widywany. Ponoć wyalienował się po śmierci matki i brata. Większość sprzątaczek i pomocnic w domu komunalnym o nim rozmawiało. Zawsze szeptem, tłumiąc chichoty i rumieniąc się...
Ktoś szturchnął mnie w ramię. Przesunęłam się, z trudem znajdując miejsce na zatłoczonym placu. Na ogromnym ekranie było widać moją twarz - wrogo ściągnięte brwi, wydatne usta, lekko zadarty nos i nieco zapadnięte policzki. Zamknęłam oczy, usiłując się skupić. Po raz pierwszy czułam się dziwnie otępiała podczas losowania.
Stukot obcasów, gdy Effie Trinket wkroczyła na scenę, ożywił trochę zebranych. Zaczęły się zakłady, obstawianie kogo wylosują i jakie ma szanse na przeżycie. Ludzie, którzy robili to, narażając się na śmiertelne niebezpieczeństwo, nie mieli zwykle nic do stracenia - ich dzieci były już dorosłe, albo zginęły na Igrzyskach. Bawiło mnie to, a jednocześnie wydawało mi się, że skończę jak oni - lubiłam ryzyko i podziwiałam tych ludzi za ich odwagę.
Effie odchrząknęła do mikrofonu i poprawiała liliową perukę.
- Witam was na pięćdziesiątych czwartych Głodowych Igrzyskach! - zawołała z entuzjazmem, a mikrofon wydał z siebie przeciągły pisk - stała za blisko - Jestem taka podekscytowana. Wszyscy jesteśmy - ciągnęła niezrażona. Bezwiednie zaczęłam skubać dół plisowanej granatowej spódnicy. Na scenę wniesiono dwie misy z nazwiskami. Effie uśmiechnęła się szeroko do siedzącego na jednym z krzeseł Haymitcha, ale on nie odwzajemnił jej uśmiechu.
- Jak nakazuje dobry obyczaj, panie mają pierwszeństwo - zanurzyła dłoń w pierwszej z mis. Żołądek ścisnął mi się boleśnie, gdy powoli rozwinęła karteczkę.
- Rosalie Moore - usłyszałam i odetchnęłam z ulgą.
Przestraszona twarz blondwłosej dziewczynki pojawiła się na ekranie. Miała dwanaście lat, na pewno nie więcej. Patrzyłam bez mrugnięcia, jak wchodziła na scenę, a jej twarz stawała się coraz bledsza.
- A teraz chłopcy - wszystko jakby zamazało mi się przed oczami. Rosalie Moore rozpłakała się głośno. Effie udała, że nic się nie dzieje i wróciła do losowania. A Abernathy, który powinien pokazać choć odrobinę współczucia, zamrugał tylko, jakby właśnie się obudził i usiadł wygodniej. Zrobiło mi się niedobrze, gdy "Maximilian Watters" wszedł na scenę. Effie uśmiechnęła się. Jej rózowa suknia do ziemii przypominała trochę korpus wielkiej, jaskrawej ważki.
- Mamy może ochotników? - spytała grzecznie. Od lat nikt nie zgłaszał się na Trybuta. Pytanie było tylko formalnością, więc kiedy przez moment wszyscy milczeli, Trinket pociągnęła Trybutów za sobą w stronę Pałacu Sprawiedliwości.
Czułam, jak wszystkie wnętrzności podchodzą mi do gardła. Przed oczami miałam tylko zapłakane oczy dziewczynki. Ostatni ludzki odruch, którego sama bym się po sobie spodziewała, domagał się uwolnienia właśnie w tej chwili.
- Ja... - zacięłam się - Ja... Zgłaszam się! Chcę być Trybutem!
Wszystkie spojrzenia zwróciły się na mnie, gdy biegłam w stronę sceny, krzycząc "Zgłaszam się na Trybuta". Effie Trinket zaniemówiła. Zatrzymała się przy samych drzwiach Pałacu i spojrzała na mnie spod uniesionych brwi. Przez twarz Rosalie przeszedł cień nadziei, a Haymitch był w ewidentnym szoku. Stanęłam pod sceną i spojrzałam na nich hardo.
- Podejdź tu - nakazała Effie - No chodź.
Posłusznie podeszłam do niej, pozwoliłam nawet objąć się ramieniem, chociaż znowu wyobraziłam sobie różową ważkę.
- Jak ci na imię? - spytała. Gdy nie odpowiedziałam, powtórzyła pytanie.
- Connie. To znaczy, Conscientia. Conscientia Shaw - wykrztusiłam, cała się trzęsąc.
Effie zamyśliła się.
- Nie wiem, czy to zgodne z zasadami - powiedziała - No i co ja mam z tobą zrobić, skarbie?
Haymitch poruszył się niespokojnie, jakby miał zamiar zabrać głos.
- Chrzanić zasady - mruknął i odwrócił się do dziewczynki - Chyba możesz wracać do domu.
Nie słyszałam podziękowań, ani gwizdów aprobaty. Wszystko wokół nagle ucichło, jakbym ogłuchła. Widziałam ruch warg ludzi na placu, ale nie słyszałam słów. Tylko okropny szum. Zamrugałam szybko oczami, modląc się w myślach, żebym nie zemdlała. Z czego oni wszyscy się tak cieszyli? Miałam umrzeć... Ale chyba o to chodziło w Igrzyskach?
Silniejszy wygrywa - pomyślałam i pozwoliłam wprowadzić się do wagonu ogromnego pociągu.
~Tak wiem, za krótki, do bani etc. Ale będzie lepiej, obiecuję :*
Do bani? Julka dobrze się czujesz? Jest zajebisty! <3
OdpowiedzUsuńTak dokładnie opisany <3 Będę musiała przez Ciebie pomyśleć. ;-;
Ten Haymitch mi się podoba... Ale zabij kogoś i będzie jeszcze lepiej.
Weeeny!
Pozdrawiam! <3
aaaaa!!!! co ty tu robisz?!! to mialo byc TOP SECRET!!!!! aaaaa!!!!
OdpowiedzUsuńja ci grożę! mów skąd masz linka!! tyyyyy
i wgle to ćśśś ja żadnego bloga nie mam xDD
i jest do bani, ale ciemno było i spać chcialam jak pisałam
wena nadeszła!
weeny szkarbie i pisaj <3
Ty gupi świrze.
OdpowiedzUsuńTo jest top secret. Wiem tylko ja, Ania, i kilkadziesiąt innych ludzi <3
Linka mam od Aneczkyy *o*
Masz, masz. Super bloga masz <3
Ale nie spałaś tylko pisałaś. #jolo głuptasie
Dla mnie weny? ;o Podziękował xD
<3
od jakiej mnie? kłamczysz bejbee
OdpowiedzUsuńkoffam obie pisarki moje ;**********